Dlaczego lubię przeprowadzki?

Po napisaniu całego tytułu i przeczytaniu go, zauważyłam, że trochę przesadziłam. Muszę sobie podzielić całe szerokie pojęcie przeprowadzki na mniejsze części.

Po pierwsze, pakowanie. Kiedy to robię, następuje małe rozeznanie, co ja tak właściwie mam, a o czym zapomniałam. Odnajduję wtedy moje zguby, których to uszukałam się ostatnie miesiące. A to przecież miłe uczucie, kiedy coś do Ciebie wraca. Okazuje się też, że w tych czterech ścianach, które były moje, stworzyłam zacne składowisko śmieci, papierków i staroci. To dobry moment, żeby wyrzucić paragony na których gwarancja już dawno się skończyła, stare bilety miesięczne, zepsute lakiery, pojedyncze skarpetki i notatki, które już mi się nie przydadzą. Ciemną stroną tej części, jest lęk, że nie pomieszczę wszystkiego w samochodzie. Za żadne skarby nie mam wyobraźni do upychania i odpowiedniego układania, polegam wtedy na przystosowanym do ilości moich rzeczy męskim szóstym zmyśle. Pomimo mojego płaczu, że coś się zepsuje, coś się zgniecie, a tamto to już na pewno się nie zmieści, zawsze udało nam się pojechać jeden raz. No przynajmniej do wczoraj…

No to w drugą stronę, rozpakowywanie. Kiedy wędruje pomiędzy domem, a stancją, stancją, a Krakowem, nie cierpię opróżniać walizki, nigdy mi się nie chce. Leży sobie tak parę dni, aż coś ze środka nie będzie mi koniecznie potrzebne, absolutnie niezbędne i nie uda mi się tego zastąpić, czymś co mam w zasięgu ręki, wtedy cała walizka jakoś pomału musi zostać rozpakowana. Sytuacja ma się zupełnie inaczej, kiedy rozpakowywanie łączy się z urządzaniem mojego miejsca. Nie ma wtedy czasu na miganie się i żale, nawet mi się wtedy chce. Układam sobie, składam, wieszam na ścianę co moje, podusie, kocyki, kwiatki na parapet i jest cacy. Chociaż w jakieś odrobinie czuję się jakbym była u siebie. Bycie na studiach jest dla mnie wypełnione nieskończoną tęsknotą, jeszcze wracanie do jakiegoś obskurnego pokoju z niczym nie przykrytym tapczanem byłoby przypomnieniem, jak tam szaro. Parę dekoracji, osobistych detali i czuję się lepiej, mogę tam wracać i uśmiechnąć się czasem nawet.

Wybór odpowiedniego lokum. Z początku nie byłam jakoś wyjątkowo wybredna, ale dzisiaj chciałabym mieć piekarnik, który nie jest starszy od Europy i powyżej 10 stopni w zimie. Kiedy już wszystko jest dogadane i zmierzam w kierunku swojej destynacji nieświadomie buduję w sobie nadzieję, że może to będzie moje miejsce, a tułaczka dobiegnie końca. Przynajmniej tak było do tej pory. Dzisiaj wiem, gdzie będzie moje miejsce i wiem, że będzie ono wszędzie tam gdzie będę robiła kawę dla dwojga i budziła się na podwójnym łóżku, z wygniecioną drugą połową. Nadchodzący rok jest ostatnim rokiem mojej tułaczki. Dzisiaj, kiedy sprowadziłam swoje toboły do krakowskiego bloku i kiedy zanim usiadłam do pisania mogłam zapytać, czy A. chce kawy, zaczyna się już drugi raz z rzędu przedsmak mojego szczęścia. Tutaj jestem sobą, wśród prawdziwych, nawet z niewypakowanymi walizkami.

Lubię te przeprowadzki, które mają miejsce w lipcu i z pewnością pokocham przeprowadzkę, która będzie miała miejsce za rok.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Dlaczego lubię przeprowadzki?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s